Z archiwum



Pamiętam większość nauczycieli z podstawówki, niewielu z liceum, garstkę z kolegium i dwóch wykładowców ze studiów magisterskich. 

Do podstawówki chodziłam w latach 90-tych, kiedy to nauczyciel mógł swobodnie zrobić niezapowiedzianą kartkówkę z więcej niż jednego przedmiotu w tygodniu, zadając równocześnie zadanie domowe bez konsultacji z połową grona nauczycielskiego, czy aby nas nie przeciąża i łamie któregoś z naszych praw. Podnieść głos i trzepnąć książką w biurko bez obaw, że zniszczy nam psychikę i zaburzy równowagę emocjonalną, co najpewniej doprowadzi nas do stanów lękowych, kozetki u psychologa i okaleczy na resztę życia. Mógł postraszyć nas rodzicem i uwagą do dzienniczka, a nikt z nas nie wrzucał obraźliwego wpisu na fejsa, wsadzał mu kosza na głowę nagrywając jednocześnie film na jutuba, czy straszył rzecznikiem praw ucznia, nie znając pewno  nawet nazwiska tego nauczyciela, bo i po co... I jak widać, aż taka wielka krzywda nam się nie stała. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że żadna. Uczeń nie straszył nauczyciela szumną kartą swoich praw, zapominając zupełnie o obowiązkach. Rodzice posyłali nas do szkoły nawet kiedy lektura nie była przeczytana, żebyśmy ponieśli konsekwencje swojego lenistwa lub zapominalstwa, a nie zostawiali nas w domu, żebyśmy przypadkiem nie oberwali pały, co obniży nam średnią, zrujnuje świetlaną przyszłość i spowoduje niepotrzebny zupełnie stres w naszym bezstresowym w końcu wychowaniu. Uczeń był uczniem, nauczyciel nauczycielem, a nauka nauką. Były też sprawdziany z pytaniami opisowymi, które rozbiłyby pewno w drobny mak psychikę niejednego współczesnego ucznia wychowanego na wybieraniu odpowiedzi a), b) lub c), bo od nadmiernego pisania ręka się w końcu męczy. Kto to widział pisać ręcznie... I to jeszcze pełnym zdaniem... LOL... 

Nie lubiłam wprawdzie plastyki, wolałam technikę, ale plastyczka zdecydowanie bardziej zapadła w pamięć. Bo to była taka plastyczka z prawdziwego zdarzenia, całym swoim wyglądem i zachowaniem dająca świadectwo swojej pasji. Tylko nie w sposób, którego się boisz, ale który cię zaciekawia. Miała góra metr pięćdziesiąt, totalnie rozwiany włos do pasa i trudny do zniesienia piskliwy głos, a już szczególnie wysoki, kiedy się zdenerwowała. Chodziła w niezasznurowanych martensach i powyciąganych swetrach, ze skórzaną listonoszką dyndającą jej gdzieś na wysokości kolan. Pozwalała nam na rzeczy, które były nie do pomyślenia na innych przedmiotach. W zeszycie zamiast pisać, mogliśmy tematy lekcji wykonać w sposób, jaki chcieliśmy. Mogliśmy wykleić je z liter wyciętych z kolorowych gazet, ze sznurków, guzików, słomek. Uczyła nas pracy milionem technik, była otwarta na nowe pomysły, pozwalała puścić wodze wyobraźni. Te zeszyty miały po 10cm grubości, ale były genialnym odzwierciedleniem przedmiotu, do którego służyły. Zawsze miałam wrażenie że pomimo niezaprzeczalnego zaangażowania w to co robiła, źle się czuła w tych murach, wśród tego tradycyjnego grona, zasadach szkolnych, wiedząc też, że żadnych Picassów to raczej z nas nie będzie. 

Na studiach zaczęłam uczyć angielskiego w przedszkolach. W najmłodszej grupie były dzieci 2.5 letnie. Na wybrane zajęcia zaprosiłam rodziców, aby zobaczyli jak to wszystko przebiega. I wśród tych rodziców weszła... Pani od plastyki, malutka, drobniutka, z włosami do pasa, w martensach i wyciągniętym swetrze... Jakby czas się dla niej zatrzymał. Po zajęciach podeszła i dała mi pracę plastyczną, domy z wyklejanych tkanin na kartce z bloku technicznego umazanej farbami. Myślałam, że to od jej córki Mileny, którą wtedy uczyłam w maluchach (a Milena to było dziecko - anioł. Marznie każdego nauczyciela. Ciekawa, inteligentna, zaangażowana i skupiona pomimo swoich 2 lat z hakiem). Na odwrocie pracy było moim koślawym pismem nagryzmolone imię i nazwisko i nr klasy, do której chodziłam w podstawówce. Wiem, ile w czasie pracy nauczycielskiej produkuje się i zbiera wszelkiego rodzaju testów, papierzysk i innego rodzaju "dowodów", a ona miała ten rysunek, szkaradny jak listopadowa noc, schowany gdzieś w czeluściach archiwum. Zapamiętała moje nazwisko i poznała na zajęciach, chociaż jestem pewna, że akurat dla mnie czas od podstawówki się nie zatrzymał, a i wybitna z jej przedmiotu nigdy nie byłam :)







2 komentarze:

  1. Twoje prace przekochane, a historia z panią od plastyki wspaniała! I cała prawda o szkole dawniej i dziś, to co napisałaś...

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz będzie widoczny po zatwierdzeniu.