Maniu




"Dobry wieczór Pani Bożenko, 2 lata temu miałam to szczęście, że udało mi się namówić Panią do stworzenia dla mojej wnuczki kilku Pani cudnych przytulanek. Jedna z tulisi, miś z kocykiem różowym, jest ulubieńcem Laurki i niestety jest zużyta. Proszę napisać, czy dało by radę poprosić o drugą przytulankę. Tylko jest problem, bo niestety by musiała być taka sama, bo nawet w nocy, jak próbujemy wyprać Maniu, to jest awantura. Proszę o pomoc i ratunek pozdrawiam (...)"

No i teraz stres. Przytulaki, zwane przez Laurę pieszczotliwie "Maniu", ostatni raz robiłam jakieś właśnie 2 lata temu... Maniu w drodze - ciekawe, czy zostanie zaakceptowany :)





Po babsku


 

Minuty do 8-mej,wszyscy jadą do pracy. Pomarańczowe seicento stanęło na rondzie, nie pojedzie dalej. Tir uparł się, że przejedzie obok, choćby chyba miał staranować to biedne auto, więc się ciśnie na siłę. I ja się zastanawiam, co się stało z gatunkiem męskim, wnioskuję po dzisiejszym, że wymierającym, skoro kierująca tym autem, na obcasach, musiała je sama zepchnąć na pobocze. I dała radę. No ale z drugiej strony co miała nie dać i jakie miała wyjście, skoro niby tłumy facetów w pobliżu, a jakby żadnego.  





* Misie oparte na projekcie Kristi Tullus.

Z archiwum



Pamiętam większość nauczycieli z podstawówki, niewielu z liceum, garstkę z kolegium i dwóch wykładowców ze studiów magisterskich. 

Do podstawówki chodziłam w latach 90-tych, kiedy to nauczyciel mógł swobodnie zrobić niezapowiedzianą kartkówkę z więcej niż jednego przedmiotu w tygodniu, zadając równocześnie zadanie domowe bez konsultacji z połową grona nauczycielskiego, czy aby nas nie przeciąża i łamie któregoś z naszych praw. Podnieść głos i trzepnąć książką w biurko bez obaw, że zniszczy nam psychikę i zaburzy równowagę emocjonalną, co najpewniej doprowadzi nas do stanów lękowych, kozetki u psychologa i okaleczy na resztę życia. Mógł postraszyć nas rodzicem i uwagą do dzienniczka, a nikt z nas nie wrzucał obraźliwego wpisu na fejsa, wsadzał mu kosza na głowę nagrywając jednocześnie film na jutuba, czy straszył rzecznikiem praw ucznia, nie znając pewno  nawet nazwiska tego nauczyciela, bo i po co... I jak widać, aż taka wielka krzywda nam się nie stała. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że żadna. Uczeń nie straszył nauczyciela szumną kartą swoich praw, zapominając zupełnie o obowiązkach. Rodzice posyłali nas do szkoły nawet kiedy lektura nie była przeczytana, żebyśmy ponieśli konsekwencje swojego lenistwa lub zapominalstwa, a nie zostawiali nas w domu, żebyśmy przypadkiem nie oberwali pały, co obniży nam średnią, zrujnuje świetlaną przyszłość i spowoduje niepotrzebny zupełnie stres w naszym bezstresowym w końcu wychowaniu. Uczeń był uczniem, nauczyciel nauczycielem, a nauka nauką. Były też sprawdziany z pytaniami opisowymi, które rozbiłyby pewno w drobny mak psychikę niejednego współczesnego ucznia wychowanego na wybieraniu odpowiedzi a), b) lub c), bo od nadmiernego pisania ręka się w końcu męczy. Kto to widział pisać ręcznie... I to jeszcze pełnym zdaniem... LOL... 

Nie lubiłam wprawdzie plastyki, wolałam technikę, ale plastyczka zdecydowanie bardziej zapadła w pamięć. Bo to była taka plastyczka z prawdziwego zdarzenia, całym swoim wyglądem i zachowaniem dająca świadectwo swojej pasji. Tylko nie w sposób, którego się boisz, ale który cię zaciekawia. Miała góra metr pięćdziesiąt, totalnie rozwiany włos do pasa i trudny do zniesienia piskliwy głos, a już szczególnie wysoki, kiedy się zdenerwowała. Chodziła w niezasznurowanych martensach i powyciąganych swetrach, ze skórzaną listonoszką dyndającą jej gdzieś na wysokości kolan. Pozwalała nam na rzeczy, które były nie do pomyślenia na innych przedmiotach. W zeszycie zamiast pisać, mogliśmy tematy lekcji wykonać w sposób, jaki chcieliśmy. Mogliśmy wykleić je z liter wyciętych z kolorowych gazet, ze sznurków, guzików, słomek. Uczyła nas pracy milionem technik, była otwarta na nowe pomysły, pozwalała puścić wodze wyobraźni. Te zeszyty miały po 10cm grubości, ale były genialnym odzwierciedleniem przedmiotu, do którego służyły. Zawsze miałam wrażenie że pomimo niezaprzeczalnego zaangażowania w to co robiła, źle się czuła w tych murach, wśród tego tradycyjnego grona, zasadach szkolnych, wiedząc też, że żadnych Picassów to raczej z nas nie będzie. 

Na studiach zaczęłam uczyć angielskiego w przedszkolach. W najmłodszej grupie były dzieci 2.5 letnie. Na wybrane zajęcia zaprosiłam rodziców, aby zobaczyli jak to wszystko przebiega. I wśród tych rodziców weszła... Pani od plastyki, malutka, drobniutka, z włosami do pasa, w martensach i wyciągniętym swetrze... Jakby czas się dla niej zatrzymał. Po zajęciach podeszła i dała mi pracę plastyczną, domy z wyklejanych tkanin na kartce z bloku technicznego umazanej farbami. Myślałam, że to od jej córki Mileny, którą wtedy uczyłam w maluchach (a Milena to było dziecko - anioł. Marznie każdego nauczyciela. Ciekawa, inteligentna, zaangażowana i skupiona pomimo swoich 2 lat z hakiem). Na odwrocie pracy było moim koślawym pismem nagryzmolone imię i nazwisko i nr klasy, do której chodziłam w podstawówce. Wiem, ile w czasie pracy nauczycielskiej produkuje się i zbiera wszelkiego rodzaju testów, papierzysk i innego rodzaju "dowodów", a ona miała ten rysunek, szkaradny jak listopadowa noc, schowany gdzieś w czeluściach archiwum. Zapamiętała moje nazwisko i poznała na zajęciach, chociaż jestem pewna, że akurat dla mnie czas od podstawówki się nie zatrzymał, a i wybitna z jej przedmiotu nigdy nie byłam :)







Śpiochy


Lubię wstawać wcześnie, przed szóstą, i kłaść się późno, po północy. Można wiele rzeczy wtedy upchać w dobie, ale nigdy tyle, ile by się chciało :) Bardzo często wynika to po prostu z wyboru,  bo będąc sam sobie szefem nie musisz się zrywać skoro świt, ale nierzadko też z konieczności, bo samo się nic nie zrobi, a na pewne rzeczy potrzeba czasu. W lecie jest łatwiej, bo jak tylko robi się jasno, mi odechciewa się spać. Takie mam zawsze poczucie, że wylegiwanie się do południa to marnowanie czasu. Chyba w genach to w naszej rodzinie jakoś jest przekazywane, bo i moi rodzice i dziadkowie wstawali skoro świt. I na szczęście mi też się to udzieliło. Nie dane mi było obcować ze śpiochami :) Doba jest po prostu za krótka, żeby marnować ją na bezowocne przewracanie się z boku na bok :) Ja oczywiście jestem świadoma teorii o co najmniej siedmiogodzinnym śnie, dla zdrowia, relaksu - jak zwał tak zwał. Może niektórzy po prostu wypoczywają inaczej. 

Miśki śpiochy nie mają natomiast takiego podejścia do życia i ledwo mogą oczy utrzymać :) No ale w końcu gdzie im się spieszy, mogą z piżamy i kapciochów nie wychodzić cały dzień.