Des


W dzisiejszych czasach, kiedy doprosić się często nie można o zwykłe ludzkie rzeczy, drobnostki wręcz, kiedy płacisz komuś za wykonanie pracy, a ścigać go musisz jak CBA i FBI razem wzięte i błagać niemalże, żeby w końcu zrobił, co do niego należy, kiedy ludzie szarpią się z powodu przysłowiowej kiedyś złotówki, która dziś przysłowiowa już w wielu przypadkach nie jest, wracam do jednej historii, która wyjątkowo wryła się w pamieć. 

Kiedy mieszkałam w Irlandii, w drodze z pracy zawsze mijałam dom z obłędnie wypielęgnowanym trawnikiem. Podejrzewałam nawet, że to sztuczna trawa, bo nierealne się wydawało, że trawnik może być tak gładki i równy jak dywan. Dookoła piękny ogród, masy kwitnących róż po obu stronach podjazdu, porządek tak niesamowity, jakby w ogóle nie było pór roku, opadających liści, blednącej trawy. 

Jakiś czas później poznałam właściciela. Okazał się przyjacielem mojej szefowej, starszym, ponad 70-letnim starszym, przemiłym i pogodnym panem. Des w domu mieszkał sam, był wdowcem. Dom, podobnie jak jego otoczenie, był równie wypielęgnowany i zadbany. Z prawej strony miał całkowicie oszkloną werandę z widokiem na ogród. Podobno tył, niewidoczny od stron drogi, był jeszcze bardziej imponujący. Moja szefowa zlecała Desowi różne prace do wykonania nie dlatego, że nikt inny, łącznie z nią samą, nie mógłby tego zrobić, ale dlatego, żeby dać mu jakieś zajęcie, wysłać gdzieś, zając ręce i głowę. 

Des dobudował tę przeszkloną werandę dla żony. Ogród był jej oczkiem w głowie, a kiedy zachorowała na raka i była już w takim stanie, że o spacerach nie mogło być mowy, Des zbudował werandę, żeby mogła widzieć ogród, w którą stronę by nie spojrzała. I pielęgnował ten ogród nawet wtedy, kiedy żony już zabrakło. 

Kiedy poznałam tę historię, zawsze potem miałam ją w głowie przechodząc obok tego domu. 5 razy w tygodniu przez dobrych kilka lat. I teraz kiedy sama próbuje zapanować nad tym, co dzieje się dookoła mojego domu, a rośnie niesamowicie i wymaga nie lada pracy, nie przypominając jednocześnie nawet ułamka tego, co Des miał dookoła siebie, znowu do mnie wróciła. Wraca, kiedy ktoś strzela drzwiami w twarz, bo nie chce mu się tych dwóch sekund poczekać i tych drzwi przytrzymać, a ktoś inny idzie obładowany jak wół. Wróciła, kiedy dzwoniąc do któregoś z rzędu kominiarza i próbując, oczywiście odpłatnie, zlecić mu czyszczenie komina, ten poirytowany powiedział, że nie będzie się specjalnie od roboty odrywał. Próbując długo i nieskutecznie zresztą dojść do końca awarii z internetem, i słysząc od krzyczącego właściciela firmy, że serwis należy się tylko dużym firmom płacącym ponad tysiąc zł na miesiąc, „już dziś nie pracuje”, „zabiera się mu czas, który chce spędzić z rodziną”, jeździ do innych klientów i nie ma czasu, „rozmowa jest bez sensuJak się ktoś wykłóca o miejsce w kolejce, chociaż przecież chcesz go puścić przodem, wystarczy, że po prostu zapyta. Jak czasem ludzie sobie bliscy nie zauważają nawzajem swoich potrzeb najbanalniejszych. Bo dla jednego nieistotne jest to, co drugiemu akurat jest bardzo ważne. No bo co Ci szkodzi być takim Desem i pomyśleć o jakiejś symbolicznej werandzie dla kogoś?









1 komentarz:

  1. Piękna historia! Opis ogrodu skojarzył mi się z posesją starszego małżeństwa które mieszka niedaleko mojego domu. Zawsze, kiedy mijam ich dom, myślę sobie, że powinni startować w konkursie na najbardziej zadbany przydomowy ogródek.

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz będzie widoczny po zatwierdzeniu.